12/27/2017

Podsumowanie 2017 .

Podobno powinno zaczynać się od początku :) Czas więc na małe podsumowanie tegorocznych podbojów z aparatem na nosie. Pokrótce, the best of 2017 :) 

Blisko 65 000 pstrykniętych kadrów i 52 opublikowane galerie. 6500 km pokonanej drogi. Spała, Radom, Bełchatów, Gdańsk, Brno, Warszawa, Tomaszów Maz., Łódź, Ciebłowice. Mistrzostwa Europy, Mistrzostwa Świata U21, Kwalifikacje do Mistrzostw Europy U19, Klubowe Mistrzostwa Świata, Liga Światowa, Liga Mistrzów, Super Puchar, PlusLiga, Młoda Liga, Mistrzostwa Polski Juniorów, I i II liga, Wielki Mecz Marcina Gortata, Ciebłowice Cup, sparingi i treningi klubowe oraz reprezentacyjne. Seniorzy, Juniorzy, Kadeci. Siatkówka halowa, plażowa, a nawet koszykówka. 

Nowy rok wiązał się z wieloma wyzwaniami. Nadal aklimatyzowałam się w nowym miejscu zamieszkania, a przede wszystkim uczyłam się godzenia roli studenta z siatkarskimi misjami, wobec których musiałam stać się zupełnie samodzielna. Styczeń zainaugurowałam w spalskich lasach. Najpierw ligowo z SMS PZPS Spała, a potem podczas zwycięskich kwalifikacji do Mistrzostw Europy Kadetów. Miłym akcentem na pewno był powrót do rodzinnego miasta, które organizowało wojewódzkie finały Mistrzostw Polski Juniorów. Chociaż rozstroiłam sprzęt i wyszłam praktycznie z kilkoma zdjęciami, fajnie było obserwować zmagania spalskich braci w swoich rodzimych klubach.



Studia od początku roku dawały mi poczucie zamknięcia w klatce i mimo ogromnych chęci oraz planów, choćby na siatkarskie podróże, musiałam coraz częściej godzić się z sytuacjami niezależnymi ode mnie i przełykać gorycz, siedząc na uczelni lub tonąc w materiałach do egzaminów. Byłam skazana na kryzys. Przeszłam chyba typowe dla pierwszorocznych załamanie. Bez szczegółów, było po prostu źle. Pasja jednak nieustannie napędza mnie do życia i pomaga wewnętrznie się podbudowywać, dlatego pomimo trudnych warunków nie rezygnowałam z małych szaleństw. W domu bywałam gościem, a tata nazywał mnie włóczykijem. Rodzice chcieli mieć mnie przy sobie, ale wiedzieli, że w tych podróżach jestem najszczęśliwsza na świecie. Nie rozstawałam się z walizką i aparatem, a w kieszeni zawsze miałam drobne na bilet. Nigdy w 100% nie byłam pewna, gdzie spędzę weekend, haha :) Dokończyłam plusligowe podboje pod złotym sufitem w Radomiu, przystąpiłam do Ligi Mistrzów w Atlas Arenie, a sezon zakończyłam żegnając dwóch wspaniałych siatkarzy - w Gdańsku Piotra Gacka, a w Łodzi Michała Winiarskiego. 




Klubowe rozgrywki dobiegły końca. Miałam chwilę oddechu, by później z kadrą juniorów wrócić na stare śmieci do Spały. Ferdinando De Giorgi podjął wymianę z trenerem Pawlikiem. W blaszaku zamieszkali seniorzy, a juniorów między zajęciami "na szybko" odwiedzałam w bełchatowskiej Energii, gdzie mieli ostatni przystanek przed najważniejszą wspólną imprezą. Pod koniec studenckiego roku odhaczyłam na liście Ligę Światową i do ostatnich dni czerwca męczyłam się z egzaminami, podczas gdy myślami byłam już w Czechach. Okropne uczucie i niemoc. Ciężko stwierdzić czy juniorzy spodziewali się mnie na hali.. nigdy ich o to nie pytałam. Wiem jedynie, że sztab szkoleniowy był miło zaskoczony. Wszystko było jednak zaplanowane. Wiedziałam, że zagrają o złoto. Przy bandach czy na trybunach, nieważne, byłabym tam i tak :) Tajny plan wszech czasów udał się, dotarłam i było niesamowicie. O mistrzowskiej przygodzie możecie przeczytać >>TUTAJ<<. Niewątpliwie był to dla mnie najważniejszy punkt roku 2017. 




Po powrocie do Polski mogłam rozpocząć wakacje. Z ręką na sercu przyznaję, że były to najbardziej leniwe wakacje odkąd pamiętam. Leżing, plażing, smażing. Nuda na potęgę, haha :) Jednak po tak intensywnym roku było mi to naprawdę potrzebne. W międzyczasie wsparłam ponownie coroczny turniej na piasku w Ciebłowicach, który cieszy się coraz większą popularnością, nawet wśród postaci z PlusLigi. Udałam się również na mecz Marcina Gortata, który wraz z innymi znanymi i wpływowymi osobami stanął na parkiecie naprzeciw drużynie wojska polskiego. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak mecz pokazowy reprezentacji Polski w koszykówce na wózkach. Cała impreza miała dwie strony medalu, ale mimo wszystko była fajną odskocznią i malutkim powrotem do mojej pierwszej sportowej miłości :)



Na ostatniej prostej przed EuroVolley seniorzy rozegrali sparing ze Słowenią. Mecz o charakterze zamkniętym, ale dzięki współpracy z COS OPO Spała mogłam przeprowadzić fotorelację i zerknąć po raz kolejny na drużynę zza kulis. Było to dla mnie ważne spotkanie, ponieważ z ręką na sercu przyznaję, że nie bardzo wierzyłam w swój udział w zbliżających się mistrzostwach. Ku mojemu zdziwieniu otrzymałam swoje "powołanie". Tym ważniejsze i bardzo dla mnie zaszczytne, że wbrew tak wielkiemu wydarzeniu i ogromnemu stadionowi niewielu mediom z mojego środowiska akredytacje przyznano. Była nas garstka, a ze swojej redakcji jako jedyna miałam możliwość zrelacjonowania meczu Polaków podczas trwania całej imprezy. Po sukcesie Juniorów w Czechach, Mistrzostwa Europy na Stadionie Narodowym stały się moją kolejną wielką sprawą.





We wrześniu razem z zaprzyjaźnioną drużyną KS Lechia Tomaszów Maz., która spektakularnie wywalczyła awans do I ligi, pojechaliśmy do Radomia. Tomaszowianie rozegrali bardzo istotny sparing przed nadchodzącym sezonem. Sprawdzian sił przeciw drużynie z PlusLigi na pewno motywował podwójnie, a ja czułam się jak w domu, mając po obu stronach siatki dobrze znane mi buzie. Niedługo potem zajrzałam na Super Puchar do Energii, gdzie zapanowało iście żółto-czarne szaleństwo.



Gdy emocje opadły, wróciłam do szarej rzeczywistości. Nie złamałam się i rozpoczęłam drugi rok na moim elitarnym kierunku, haha :) Zostało nas 9 osób. Plan zajęć nie napawał optymizmem. Uczelnia wykluczyła mnie ze wszystkich środowych spotkań, a i w weekend czasami było ciężko się wyrwać. Odczuwałam coraz dobitniej, że w nowym sezonie nie zdołam przeskoczyć poprzeczki, którą zawiesiłam sobie w ostatnim czasie. Mimo wielu zaproszeń i planów odwiedzin nowych hal, miałam.. nadal mam związane ręce. Sezon zaczęłam znów w Spale, a potem nadrobiłam zaległości przy Skrze w Bełchatowie. Po małej przerwie, w której kilka spraw postanowiłam przemyśleć, wróciłam również do Radomia. Z kalendarzem w głowie dobrnęłam do grudniowego maratonu siatkówki. Klubowe Mistrzostwa Świata okazały się szansą na kolejny debiut. Dwumecze przy studenckich obowiązkach dały mi w kość, ale jednocześnie przyprawiły o wiele radości. Takie wyzwania to bez wątpienia zawsze wielka lekcja na przyszłość.



Cóż.. Rok 2017 zapamiętam na pewno na długo. Pośród wspaniałych wydarzeń oraz niesamowitych sukcesów, pojawiło się też wiele rozczarowań i przykrości. I chociaż siatkówka zawsze wszystko ratowała, tym razem okazała się mrowiskiem, w który włożono kij. Zacisnęłam jednak zęby, wzięłam wszystko na klatę i dziś czytacie ten wpis :)

Kochani, sobie i Wam życzę, aby rok 2018 był lepszy od odchodzącego. Bądźcie zdrowi, szczerze szczęśliwi i pomocni. Bądźcie odważni, silni i dobrzy. Bądźcie takimi osobami, do których sami chcielibyście się uśmiechać. Bądźcie każdego dnia lepsi - nie od innych, ale od siebie samych!

Pozdróweczki :) 

9/02/2017

Stadion Narodowy, kryzys i pół miliona na koncie .

Dla wielu Polaków Mistrzostwa Europy 2017 zakończyły się wraz z meczem barażowym, w którym nasza reprezentacja uległa Słowenii. Mimo wielkiej goryczy EuroVolley trwa nadal, a moi koledzy po fachu, których często na pierwszy rzut oka nie widać, nieustannie pracują, o czym świadczą wszelkie fotorelacje, nowinki, zapisy i wywiady, które na co dzień czytacie czy oglądacie. Myślę, że warto to doceniać :)

Wielokrotnie pytaliście mnie o moje wrażenia z ceremonii i meczu otwarcia na Stadionie Narodowym. Cóż.. Po Mistrzostwach Świata 2014, oglądanych w telewizji czy strefach kibica, niewątpliwie wzrósł mój apetyt. Gdzieś w głowie miałam cel, aby kiedyś stać się częścią takiego wydarzenia. Okazja nadeszła. Pomimo tego, że w mojej redakcji jest wiele osób, szanujemy się i potrafimy zdrowo dzielić między sobą pracę. Na tegoroczne mistrzostwa każdy obrał swoją bazę i dostał szansę, aby ubiegać się o akredytację. Nieco ryzykownie podjęłam się rozpoczęcia w stolicy. Szczerze przyznaję, że do ostatniej chwili miałam wielki dystans do realnych szans na swój udział. Tym bardziej cieszyła mnie późniejsza pozytywna decyzja w tej sprawie. Dostałam swoje własne powołanie na Mistrzostwa Europy. Dla tak młodej osoby to niesamowite przeżycie i zaszczyt, ale również ogromny sprawdzian i wielkie wyzwanie. Szczególnie, że finalnie zostałam jedyną akredytowaną fotograf z redakcji z możliwością dokumentowania naszej reprezentacji. Moje osobiste mistrzostwa miały zawierać się zatem jedynie w jednym dniu, w kilku godzinach. Misja "być albo nie być". 

Pogoda była ładna, niczego nie zapomniałam spakować, zdążyłam nawet na wcześniejszy tramwaj i weszłam bez problemu do pociągu. Przed sobą miałam bezpieczny zapas czasu, a w powietrzu unosił się zapach przygody, po którą zmierzałam. To wszystko było jednak zbyt piękne :) Niedługo potem mój pociąg stał gdzieś w lesie pod Koluszkami. "Mamy popsuty tabor. Postoimy dłuższą chwilę." No i postaliśmy.. A wszystko szlag trafił.

Drzwi taksówki trzasnęły i ruszyłam szukać swojej bramy, podczas gdy bagaż na ramieniu stawał się coraz cięższy. Spóźniona i zestresowana szłam slalomem pod prąd biało-czerwonego tłumu. Że też nie włączyłam jakiegoś Endomondo.. bo dystans, który wydeptałam wokół stadionu liczyć można chyba w kilometrach. Ludzi w odblaskowych kamizelkach było jak mrówek. Czułam się jak terrorysta debiutant, haha, bo pilnowali media chyba bardziej niż kogokolwiek innego. Żeby jeszcze każdy z nich był tak obeznany w terenie, jak skłonny do żarcików i pogawędek.. Dotarłam. Schody, windy, labirynty. Ceremonia otwarcia trwała. Głęboki oddech, kamizelka "photo" na plecy i ruszyłam na trybuny. Krok naprzód i zobaczyłam Was wszystkich, a serducho zaczęło bić jeszcze szybciej. O mały włos nie staranowałam Cugowskich, a potem już tylko dryfowałam po biało-czerwonym morzu kibiców w poszukiwaniu dobrych kadrów, bowiem do czasu rozgrzewki media miały do dyspozycji jedynie trybuny. Potańczyli, pośpiewali, playback się nie zaciął. Można było zaczynać :)


Przyszedł czas zejść na płytę. To chyba zawsze najbardziej emocjonujący dla mnie moment. Zaczęło się zabawnie, bo wraz z kilkoma fotografami, zupełnie bez problemu, przeszliśmy przez parę bramek i wiecie gdzie się znaleźliśmy? Na czerwonym dywanie, tuż pod tłumem kibiców i jednocześnie w samym centrum wybiegu dla zawodników. Tak coś czułam, że nie powinno nas tam być, haha. Po chwili rzuciło się na nas kilku osiłków i trzeba było w obstawie się ulotnić. Było z czego się pośmiać i na pewno będzie co wspominać. Ogrom stadionu w pewnym sensie mnie przytłaczał. Dotarłam do boiska i mina mi zrzedła.. Na stadionie znaleziono miejsca dla ponad 65 000 ludzi. Dla mediów pozostawiono pas o szerokości metra i nikogo nie interesowało, czy wpłynie to na naszą pracę. Wysokie bandy i niskie ławeczki, ścisk wśród facetów z teleskopami, a na plecach tłum krzyczących ludzi. Z grzeczności, aby nie zasłaniać, nie było nawet możliwości by wstać. Klęknąć też było ciężko na takiej powierzchni, wśród warkoczy kabli, innych przewodów technicznych, pozostawionych fragmentów aparatów i różnorakich gadżetów. Nie wspomnę o robactwie, ale w końcu to stadion piłkarski.. :) Siatkarska uczta ledwo się rozpoczęła. Po raz pierwszy w życiu czułam się tak okropnie słaba jeszcze zanim wystartował mecz.

Stanęłam do hymnu. Chyba dopiero wtedy w pełni dostrzegłam stadion. Oczy się zaświeciły i patrząc tuż zza pleców naszych siatkarzy serducho biło mi w rytmie Mazurka Dąbrowskiego śpiewanego przez ponad 65 000 gardeł. Z wrażenia nie otworzyłam nawet buzi.. śpiewała dusza. Magiczna chwila. Co widać z dołu? Z dołu widać jedność. Piękną wizytówkę polskiej siatkówki. Mecz trwał, emocje schowałam do kieszeni. Chciałam udowodnić samej sobie, że nie jestem tam z przypadku, że zasłużyłam na to wydarzenie dotychczasową ciężką pracą.. i że mimo wszelkich przeciwności dam z siebie wszystko i tym razem. Sam mecz pamiętam średnio, ale tak to już jest. Nie siedzę za bandą, aby ze specjalnymi przywilejami oglądać zawodników. Praca z wizjerem na nosie do łatwych nie należy i swoje musi mi zabrać, abyście Wy mieli co później pooglądać :)


Głowa pękała, kręgosłup odmawiał posłuszeństwa, a trybuny Stadionu Narodowego przeobraziły się w rozmazaną plamę. Osłabłam i usiadłam za bandą. W jednej chwili w uszach słyszałam tylko ciszę i zalała mnie fala wszystkich możliwych emocji. W ostatnim czasie nie było mi łatwo. Wydarzyło się wiele przykrych i niezrozumiałych dla mnie rzeczy. W pojedynkę, ale z podniesioną głową i odwagą na ramieniu stawiałam czoła problemom małym i dużym, jednak nie zawsze było kolorowo. Stety niestety, ale coraz częściej moja pasja/praca zazębia się z życiem osobistym, a to pisze różne scenariusze. Czasami nawet pośród największego tłumu jesteśmy samotni i bezradni. Koniec ubiegłego sezonu był dla mnie trudny mimo tylu wspaniałych wydarzeń, które mogłam dokumentować. Wiele razy rzucałam sprzęt w kąt i zadawałam sobie pytanie "po co tak właściwie ja to wszystko robię?" To samo hasło padło na Narodowym. Opadłam z sił. Jak w tanim filmie ostatnie trzy lata mignęły mi przed oczami. Spojrzałam jednak na to, co miałam na szyi i w rękach. Pomyślałam o tych wszystkich ciężkich momentach, które doprowadziły mnie w to miejsce. O chwilach radości i celach, które wciąż na mnie czekają. Mam dwadzieścia lat, na koncie blisko pół miliona pstrykniętych zdjęć, robię to, co kocham, cały czas się uczę i wszystko wciąż jeszcze przede mną..

To była wyjątkowa przygoda. Na pewno została okupiona wcześniejszą ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami i poświęceniami również tych osób, które mnie wspierały. Niewątpliwie dla takich wydarzeń i chwil warto żyć. Zapamiętuje się je na całe życie, choć ciężko radować się w pełni, gdy mecz i mistrzostwa kończą się dla Polski dość smutno i zdecydowanie za szybko.. A zdjęcia? Ja nigdy nie jestem z nich zadowolona. Zawsze można lepiej i bardziej :) Na szczęście jesteście Wy i za wszelkie pochwały i gratulacje ogromnie Wam dziękuję!


7/09/2017

Mistrzowska przygoda .

Emocje powoli opadają.. a więc od początku.

Padła propozycja i postanowiłam przeprowadzić ten eksperyment. Pamiętam jak dziś, gdy po raz pierwszy stanęłam przed nimi w spalskiej hali. Przyznaję.. nie bardzo wierzyłam w powodzenie tej misji. Byłam świeżakiem. Miałam za sobą kilka miesięcy w Pluslidze, pierwsze spotkania z kadrą seniorów i apetyt na więcej. Chyba nie bardzo po drodze były mi wtedy jakiekolwiek młodzieżowe rozgrywki. Opracowany plan ewakuacji po meczu był prosty. Los chciał jednak inaczej.

I to zdziwienie, gdy zobaczyłam stadko buzi, które spotkałam kilka miesięcy wcześniej gdzieś na trybunach hali w Częstochowie czy Memoriale Gawłowskiego w moim rodzinnym Tomaszowie. Na co dzień dzielił nas tylko las i wielka nieświadomość wzajemnego istnienia. Jedna runda wokół boiska, kilka akcji, parę spojrzeń, a dwie godziny później miałam u Pana Leona Bartmana "kontrakt" na kolejne spotkania.


Z każdym kolejnym meczem stawałam się coraz bardziej ich. Porwali mnie charakterną grą, dystansem do siebie, pewnością swoich akcji i niesamowitą atmosferą w zespole. Wiedziałam, że mam do czynienia z wyjątkową drużyną i gdzieś intuicyjnie czułam, że czeka na mnie wielka przygoda, choć niewiele osób na poważnie brało moje wyprawy do spalskiego lasu, gdzie przy pustych trybunach grali młodzi chłopcy, a ja przez 7-8 godzin klęczałam za boiskowymi bandami.


Po pierwszych meczach z moim udziałem COS OPO w Spale zaprosił mnie na podsumowanie minionego sezonu reprezentacyjnego. Odbyła się prezentacja osiągnięć kadetów, a przy okazji odznaczenie seniorów. Dziś mogę przyznać, że kosztem nauki w szkole odbyłam wtedy niezłą lekcję z siatkówki w Spale, haha. Od nieco innej strony mogłam poznać sylwetki chłopaków i poznać historię ich zespołu. Ciekawostką było na przykład to, że ówczesnym kadetom zdarzyło się raz wrócić z mistrzostw bez pucharu. Do tej pory chyba go nie odzyskali.. :) 


Moi rówieśnicy. Myślę, że to też był czynnik, który mnie zatrzymał. Z jednej strony identyfikowałam się z nimi, bo trochę jechaliśmy na jednym wózku. Mieliśmy wspólne pasje i cele, choć w nieco inny sposób je realizowaliśmy. Swoimi sukcesami dodawali mi motywacji do spełniania własnych marzeń. Byliśmy dzieciakami z wielkimi ambicjami i wolą walki o swoje.. z tym, że oni wykrzykiwali to na boisku, a ja kameralnie w sobie. Z drugiej strony mecze w Spale łatały we mnie dziurę, która została po odejściu z gimnazjum. Banda spalskich dzików kubek w kubek przypominała mi moich kolegów z ukochanej klasy sportowej, z której końcem wspólnie nie mogliśmy się pogodzić.


Jak widać męskie towarzystwo chyba od zawsze bardziej mi odpowiadało :) Nie ukrywam jednak, że miałam wielkie kompleksy. Nadal je mam, ale już nie w tak gigantycznym stopniu. Teraz się z tego śmieję, ale rzeczywiście istniała dla mnie bariera. Cóż.. Nie jestem atrakcyjną metr siedemdziesiąt i raczej odbiegam od dziewczyn, z którymi widuje się siatkarzy. Bałam się, że nie zostanę zaakceptowana, a przez swoje uczuciowe podejście do drużyny wyjdę na jakąś maniaczkę. Pewnie dlatego średnio szło mi bycie dziewczyną do pogadania. Po czasie widzę, jak głupie było moje myślenie. W końcu to ludzie tacy sami jak my wszyscy. Z jednymi szybciej, z innymi nieco oporniej, ale na szczęście udało się wejść na właściwe tory :)


Wyjazd na Puchar Polski do Wrocławia był pierwszym wspólnym przystankiem. Takich nóg z galaretki, jak podczas tamtego dnia, nie miałam nigdy. Mecz moich marzeń - PGE Skra Bełchatów, a naprzeciw SMS PZPS Spała. Myślę, że właśnie wtedy po raz pierwszy poza spalskim blaszakiem poczułam w sobie tak wielką dumę z ich powodu. Pisałam o tym TUTAJ. Moje social media regularnie reklamowały sylwetki chłopaków, co wyraźnie procentowało, a miłym efektem ubocznym okazało się coraz częstsze utożsamianie mnie z drużyną.


W przerwie zimowej pognałam dwukrotnie bo Bełchatowa, gdzie rozgrywano turniej w ramach Mistrzostw Polski Juniorów. Z aparatem choć bardziej w odwiedzinach. Miło było móc na większym luzie posiedzieć w hali, większą uwagę poświęcić spalskim kolegom w swoich rodzimych barwach i zamienić z nimi kilka słów poza leśną twierdzą. 


Niedosyt po Wrocławiu przełożyli chwilę potem na rozgrywki pierwszej ligi, które przeszli jak burza i dotarli do ścisłego finału. Wiedzieliśmy, że kończy się pewien etap.. Pobyt rocznika '97 w Spale również. Tłukłam się więc po Polsce na ich mecze, wracałam nad ranem, aby zmienić ubranie i zdać ostatnie egzaminy maturalne. Mówiłam sobie, że jeśli oni dali radę, to ja też sobie ze wszystkim poradzę. O ile ja swoją bitwę wygrałam, finał w Katowicach nie ułożył się po naszej myśli. Na podium kapały łzy, a mi pękało za aparatem serducho.



Wiecie co jest dla mnie najgorsze w tym, że jestem fotoreporterem? Słyszę ostatni gwizdek, kończy się mecz, a chłopaki robotę. Uruchamiane są na boisku i trybunach różnorakie emocje. Dzieją się wtedy niezwykłe rzeczy, a ja.. jak stałam, tak nadal stoję z aparatem na nosie i cokolwiek czuję czy widzę, muszę schować to do kieszeni i zrobić relację. Bez osobistych sentymentów. Jak już mogę sobie poskakać, pokrzyczeć, przybić piątkę czy spróbować rzucić się komuś na szyję, okazuje się, że pół drużyny jest w drodze do pokoi, a kibice zdążyli zapiąć pasy w samochodach. Media wychodzą sobie ostatni i nierzadko muszą na chłodno przestudiować raz jeszcze to, co przez kilka godzin rejestrowali. Chłopaki ze Spały stali się dla mnie podwójnym wyzwaniem. Mistrzowie nerwówek i spektakularnych zwrotów akcji. Mistrzowie pomeczowych cieszynek i nietypowych żartów :)


Rozgoryczenie po rozstaniu w Katowicach nie trwało długo. Nikt mnie nie musiał namawiać, aby zaglądać na treningi kadrowe do świeżo upieczonych juniorów. Nowa kategoria wiekowa, skład niezmienny. Podpatrywałam kulisy boiskowych spektakli, uczyłam się siatkówki i poprawiałam sobie humor, pstrykając przy okazji zdjęcia i spędzając czas wśród mega pozytywnych osób. Kilka godzin tłuczenia piłkami, a ja wracałam jak po tygodniowej kuracji antystresowej. Typowa Daria :)


Jak z każdą moją wolną chwilą, tak i z tą, wyszło tak samo. Nie potrafię usiedzieć w miejscu, nawet jeśli cudem w całej tej bieganinie dostaję od życia w stu procentach wolny dzień. Siatkówka okazała się idealną wymówką na wyjazd gdziekolwiek. Po cichu, jak to mam w zwyczaju, z radomską obstawą wgramoliłam się na trybuny hali w Chęcinach. Jeden z serii sparingów przed mistrzostwami Europy trwał. I chociaż nie afiszowałam się ze swoją obecnością, miło było zobaczyć uśmiechy z boiska na wejściu.


Mistrzostwa Europy w Bułgarii przebolałam przed ekranem komputera. Przyznam, że dziwnie ogląda się znajomych ludzi za szkłem. Każdy mecz dobitnie śledziłam zaciskając mocno kciuki. Znikałam wtedy na te kilkadziesiąt minut we własnym pokoju i gryzłam w nerwach paznokcie. Mecz finałowy oglądałam podczas przeprowadzki do nowego mieszkania przed studiami. Postawiłam laptop na środku pokoju i wierciłam się wśród wnoszących pudła ludzi. Chwilę później mieliśmy Mistrzów Europy, a mi pozostało z uśmiechem urządzać swój kąt. O transfery chłopaków z mojego rocznika byłam spokojna. Takiej dojrzałości w grze mógł pozazdrościć im niejeden PlusLigowiec. Wiedziałam, że od dłuższego czasu byli na celowniku i wniosą wiele dobrego na seniorskie boisko. Co chwilę napływały nowinki transferowe, a z każdą kolejną ekscytowałam się coraz bardziej. I tak niemal cały skład trafił pod skrzydła najlepszych klubów w Polsce.

Długo ode mnie nie odpoczęli, bo tuż przed startem sezonu pojawiłam się na turnieju w Kozienicach. Odwiedzałam to miejsce jako mała dziewczynka, także podwójnie miło było się tam pokazać. Po meczach otrzymałam raporty od chłopaków, że wybrane kluby spełniły ich oczekiwania i wszystko ma się ku dobremu. Mogłam wracać :)


Sezon wystartował, a ja wróciłam do Bełchatowa i Spały. Brakowało mi tych miejsc i ludzi, ale mimo wszystko czułam jakiś niedosyt. Skrę od początku odwiedzały nowe kluby spalskich absolwentów, a więc korzystałam z każdej okazji. Wierzcie mi lub nie, ale obecność chłopaków dodawała mi wtedy skrzydeł. Coroczną "inspekcję" hali w Radomiu odbyłam niedługo potem. Poczułam się tam tak dobrze pod każdym możliwym względem, że zostałam na niemal cały sezon. Z pośród wszystkich klubów chłopaków było mi tam najbliżej. W sezonie miałam zawsze dobre połączenie, zapewniony nocleg u rodziny i znajomych na hali z poprzednich sezonów. I chociaż nie raz z pełnym bagażem wybiegałam z uczelni na dworzec, by tłuc się przez kilka kolejnych godzin w rozpadającym się PKS-ie, to zawsze było warto. Choćby dlatego, aby mimo dzielącej siatki, zobaczyć spalską rodzinkę znów razem. Aby samej poczuć się znowu jak kiedyś. Czy tam wrócę? Chciałabym.. ale trochę się pozmieniało.



I tak zanim się obejrzałam, minął nam sezon klubowy. Po roku cała familia, ze mną na ogonie, wróciła na stare śmieci do Spały. Bardzo miło było móc znów spędzić z nimi czas, a do tego w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Po intensywnym sezonie w PlusLidze niesamowicie dojrzeli i połączyli swoje siły w potężny monolit, którym postanowili postawić kropkę nad "i". Ostatnią prostą przed wyjazdem do Czech była seria treningów w Bełchatowie. Tam też na chwilkę zajrzałam.


Pod koniec czerwca w ostatecznym składzie ruszyli podbić świat. Byli faworytami, ale nie chcieli mieć z góry zakładanych medali. Jechali tam walczyć, podczas gdy ja rozgrywałam własne bitwy z egzaminami na uczelni, przez co mój późny przyjazd do Brna. Nie tylko oni planowali te mistrzostwa. Rok knucia przeciwko całemu światu. Jeśli nie drzwiami to oknem. Oni tam dotarli, to i ja dam radę. I dałam :) Co prawda spaliłam niespodziankę, bo przez przypadek przed treningiem znalazłam się pod halą i nie było już jak uciec, ale widocznie tak miało być. Potem było już tylko lepiej.


Półfinał z Brazylią zaliczyłam do najgorszych spotkań w mojej fotograficznej karierze. Szczerze nienawidzę Was chłopaki za ten mecz i nerwy, które na nas wszystkich wtedy zrzuciliście, haha. Rodziny modliły się na trybunach, zagraniczni kibice podskakiwali co akcję z wrażenia, a ja umierałam za bandami chyba ze sto razy. Myślę, że już tamtym starciem wygrali te mistrzostwa. Łzy chłopaków roztopiły i mnie. Jeśli mam być szczera, musiałam obejrzeć powtórkę, bo nic a nic z meczu nie pamiętałam. Całą noc spędziłam wtedy nad zdjęciami. Z nerwów nie mogłam spać, a przygotowując galerię ciężko było mi powstrzymać płacz. Usnęłam dopiero nad ranem z głową na laptopie, który z resztą przed finałem musiałam wyczyścić, bo cała klawiatura pokryta była skrystalizowaną solą z łez.


Finał rządził się swoimi prawami. Byłam jednak dziwnie spokojna. I chociaż chciałam, aby tamta chwila trwała wiecznie, to koniec pewnej przygody zbliżał się nieubłaganie. Chłopaki bawili się z Kubańczykami i bez straty seta zwyciężyli swój czterdziesty ósmy mecz z rzędu zostając Mistrzami Świata. Zrobili to. Zapisali piękne karty w historii. Spełnili nasze wspólne marzenie. Lata ciężkiej pracy i ciągłych wyrzeczeń tych młodych ludzi oraz ich najbliższych zostały nagrodzone. Serducho pękało z dumy!



Może to trochę nieracjonalne z mojej strony.. to przywiązanie. Myślę jednak, że coś musi w tym wszystkim być, skoro właśnie oni stanęli mi na drodze i co ważniejsze, że chciałam, aby na niej zostali. Sama byłam zdziwiona, bo chyba nigdy wcześniej nikt mnie tak nie zaczarował. Nawet nie wiecie, ile radości w ciągu tych dwóch lat wniosła w moją codzienność ta drużyna. Oni sami pewnie nie wiedzą. Jedyne co mogłam im zaoferować od siebie to pamiątka na przyszłość w postaci zdjęć, szczere wsparcie i obecność w różnych miejscach, do których zaglądali na starcie swoich karier. Oni mieli siebie, a ja miałam ich. Stali się dla mnie taką drugą rodzinką, pchnęli do walki o samą siebie i swoje marzenia. Moje serducho zawsze gra razem z nimi, chociaż zwykle stoję w ich cieniu. Mają we mnie ogromnego kibica na boisku i w życiu prywatnym. Są dla mnie jak bracia, mimo że na przestrzeni tych dwóch lat przez ludzi z zewnątrz byłam swatana już chyba z każdym z nich, haha. Za takim zespołem można na koniec świata. Są wspaniałymi ludźmi i wartościowymi zawodnikami. Namieszają w polskiej historii jeszcze nie raz. Zasłużyli na wszystko co najlepsze! Wierzę, że przyjdzie taki dzień, gdy spotkamy się w podobnym składzie podczas reprezentacji Polski seniorów.

Dzięki Drużyno! :)